wtorek, 24 września 2013

rozdział VIII

rozdział VIII
'Znak demona'
Był nieprzytomny, ale oddychał. Postanowiliśmy nie mówić nikomu. Dyskretnie przenieść go do domku Percy'ego. Za dużo było niewyjaśnionych spraw, tajemnic, zagadek. Ta wydawała się być najmniej istotna. Ktoś, lub coś, co wypaliło to na ręce Louisa, musiało stać za wszystkim innym. Zatruciem ich demonicznym jadem, za tamtą armią potworów...za porwaniem Nathana!
Domek Posejdona był jedynym pustym domkiem. Percy mógł mieć Lou na oku, przez cały dzień. Postanowiłam zostawić ich i pójść po kilka książek i poszukać w nich poszlak. Sprawca musiał poruszać się szybko i sprawnie. Ani ja, ani Percy nie zauważyliśmy nikogo.
Domek był pusty co bardzo mnie zdziwiło. Zwykle wielu z nas stoi przy mapach, kreśli różne trasy, siedzi przy biurku, czyta rysuje projekty budynków. Nie tym razem. Nie było nikogo, tylko ja i zapełnione półki książek.
-Coś mi tu nie gra... -wyszeptałam do siebie, jednak nie zatrzymało mnie to od sięgnięcia na półkę. Przeszukałam wiele książek, ale nie znalazłam dobrze pasującego opisu.
-Tu musi być coś co mi pomoże... -mój wzrok zatrzymał się na ostatniej książce. Dałabym głowę, że nigdy jej nie widziałam. Wyjęłam ją i delikatnie dotknęłam okładki. Była chłodna i stara, ale inaczej niż inne. Metalowa tabliczka przyczepiona do niej, przedstawiała cztery dziwne symbole-miecz, piorun, łuk i morskie fale. Łuk był na środku, reszta znaków nachodziła na niego, lecz nie stykała się z pozostałymi dwoma.
-Annabeth? -usłyszałam głos za sobą. Odwróciłam się i książka momentalnie wypadła mi z rąk.
-Nathan! -wyglądał okropnie. Posiniaczony, pokaleczony i...podpalony? Oczy jak zwykle miał świecące, lecz wyraźnie ciemniejsze i przeszklone. Jedną ręką trzymał się za bok, a w drugiej trzymał zakrwawiony miecz. Gdy stanęłam przed nim, broń wypadła mu z dłoni i osunął się na mnie. Omal nie upadłam pod jego ciężarem. Jego ciało nagle stało się bezwładne, nie umiał stać o własnych siłach. Posadziłam go na moim łóżku. Zupełnie zapomniałam o książce.
-Nathan, musisz mnie posłuchać. -drżał, jego policzki paliły się żywym ogniem. -czy masz...? -dało się słyszeć śmiechy i kroki. Musieli wrócić, akurat teraz?!
Chwyciłam naszyjnik z biurka. Pomimo, że nie wiedziałam jak się to obsługuje, użyłam go. Wystarczył fakt, że pozwala na teleportację. Nathan pisnął, gdy tylko go dotknęłam. Nie do końca wiem, czy z bólu, czy może bardziej uważał mnie za wroga.
Znaleźliśmy się dokładnie tam, gdzie chciałam, koło domku Posejdona. Postawiłam Nathana, pod ścianą, ale on natychmiast zsunął się po niej i opadł na ziemię. Zapukałam.
-A, to ty! Wejdź! -powitał mnie Percy. Jak to możliwe, że nie zauważył jak bardzo jestem spięta? Zawsze to widział...
-Z Louisem, chyba już w porządku, chociaż nie odezwał się nawet słowem odkąd się obudził. -wskazał na jedno z łóżek. Lou siedział na nim, bez celu wpatrując się w przestrzeń przed sobą. Miałam nawet wrażenie, jakby był w lekkim transie. Był jednak plus; krew jednorożca zadziałała jak trzeba, rana na jego ręce zniknęła.
-Lou. To ja Annabeth! -nieznacznie uniósł głowę.
-Jestem, winny! Rozumiesz winny! Zabiłem go...zabiłem ich! Gdybym nie zgodził się przyjść tutaj...nikomu nic by się nie stało.
-O czym ty mówisz?! -Gdy zaczął mnie szarpać, zauważyłam, że wypalone litery nie zniknęły. Stawały sie coraz bardziej widoczne z każdym słowem, które wypowiedział.
Percy odciągnął go ode mnie.
-Co to było?! -krzyknął.
-Nie mam pojęcia... -Nagle przypomniałam sobie o Nathanie. Szybkim krokiem wyszłam. Podniosłam go z ziemi i wzięłam pod ramię. Gdy przekroczyłam próg domku, oczy Percy'ego stały się jakby większe.
-Przecież ty...ty jesteś martwy! -rzucił ze zdumieniem.
-Jak widać, niezupełnie. -wyjęłam z kieszeni Nathana, fiolkę z krwią i rzuciłam do Percy'ego.-Zaniesiesz to do punktu medycznego. -Nie musiałam czekać na potwierdzenie. Syn Posejdona wrócił, równie szybko jak wyszedł.
Posadziłam, Nathana na łóżku i okryłam kocem. Dopiero w tedy dotarło do mnie, że na jego nadgarstku  jest coś czego nigdy nie było. Nie chodzi o zadrapania, rany i tym podobne. Był to znak w kształcie, przypominającym słońce. Zaczęłam grzebać w pamięci, byłam pewna, ze już kiedyś widziałam coś podobnego.
-O bogowie... -nagle zrobiło mi się słabo. Percy rzucił wszystko i podtrzymał mnie, abym nie upadła.
-Annabteh, co się stało? -nie powiedziałam nic, nie byłam w stanie. Wskazałam tylko na śpiącego Nathana.
-Percy jego ręka... -początkowo nie wiedział co miałam na myśli, ale gdy się zorientował...
-Znak demona...-wypowiedział te słowa tak ostrożnie, jakby mogły roznieść w pył, cały Nowy Jork. Nigdy jeszcze nie słyszałam w jego głosie tyle powagi. -Sądzisz, że on...?
-Nie wiem, Percy! Ale, jestem pewna, że wcześniej tego nie miał....
************************
Huehuehue^^ Powrót Nathana i już nowe problemy^^ Jak myślicie, Nathan jest demonem? Pozostawiam was w niepewności, do następnego >.< Jestem zuaaa...
**************************

1 komentarz:

  1. Jak zwykle akcja toczy się szybko i wartko. Zakończenie trzymające w napięciu, które na pewno wzrośnie przy następnym. Już nie mogę wytrzymać z potrzeby większej ilości informacji. Wydaje mi się, że kiedy skończę czytać twój blog, będę mistrzem cierpliwości.

    OdpowiedzUsuń