poniedziałek, 2 września 2013

rozdział IV

rozdział IV
porwanie.

Nigdy nie myślałem, że będę się bał własnego brata. Ale czego można oczekiwać, żyjąc w mitologicznym świecie?
Stałem przez jakiś czas, nieco zdezorientowany. Mój plan 'na szybko', miał jednak jakiś sens. Pomyślałem o tym, co ja sam przechodziłem, próbując uciekać od przeznaczenia.  George, mógł rzeczywiście mieć teraz kłopoty. Potem przypomniałem sobie o kartce.
-On nic nie napisał... -ścisnąłem papier w dłoniach. Chwilę potem moja ręka była mokra. -Lou, dlaczego mi to utrudniasz...?
Chciałem się zapaść pod ziemię, zniknąć ze świata. Dał mi to, bo chciał mnie spławić. Zastanawia mnie czasem, po czyjej jest stronie.
Znaleźć chłopaka z nadprzyrodzonymi mocami nie jest chyba, trudno. Tak, czy inaczej musiałem spróbować mimo, że nigdy nie widziałem George'a na oczy. Tylko skąd pewność, że jest w Nowym Jorku? Jeśli nie tu to gdzie?
Annabeth! Ona będzie wiedziała co robić dalej. Tylko, że...ona nie wie o jego istnieniu. To jednak jedyna osoba, która będzie w stanie mi pomóc. Poczułem trochę jakby czytała mi w myślach, bo w tym momencie przede mną pojawił się obraz w iryfonie.
-Nathan!
-Annabeth?
-Nie, wiesz.... Tu Zeus, prosił żebyś wracał do domku.... -głos Percy'ego był pełny ironii.
-Ha ha ha... bardzo śmieszne wiesz. To poważna sprawa!
-Och, to już nie można żartować?!
-HALO! Jestem tu...-przerwałem ich idiotyczną kłótnie. -Poważna to znaczy?!
-To jest sprawa na bezpośredni kontakt. Ktoś może cię obserwować.  Powinieneś wrócić do obozu, jeszcze dzisiaj...gdzie jesteś teraz?
-Za obrzeżach Nowego Jorku...
-Jest późno, wątpię żeby udało ci się ominąć smoka, pilnującego runa, jeśli oczywiście...dotrzesz tu żywy. -Po plecach, przebiegł mi dreszcz przerażenia. 'dotrzesz żywy?' W jej głosie, moje szanse wydawały się być równe zeru. -Lepiej, żebyś nie poruszał się po zmroku. Najlepiej znajdź jakieś miejsce na noc. -rzuciłem spojrzenie ku zachodzącemu słońcu. Szybka podróż... Uda się albo nie.
-Nie wierzysz we mnie? -zagwizdałem, a mój kotek natychmiast zjawił się obok.
-Czy ty... kiedyś próbowałeś..?
-Oczywiście, że nie. -odpowiedziałem z pełnią przekonania. -Ale kiedyś muszę tak? To odpowiednia okazja. -rozwiałem obraz, zanim zdążyła zaprotestować.
Pogładziłem Ronie'go po pyszczku.  To co teraz miało nastąpić, zapewne nie tylko dla mnie było dziwne. Gdy podszedłem do jego grzbietu, lekko warknął. Potem jednak spokojnie znosił, mój ciężar. 'To chyba podobne do jazdy konnej' myślałem. 'Jak dobrze, że ja właściwie tylko raz w życiu jechałem na koniu'
-Postaraj się mnie  nie zgubić, słodziaku...-szepnąłem do ucha mojego kota. Nagle poczułem uderzenie powietrza. Cały świat zaczął się rozmywać. Nim się obejrzałem Ronie przebiegł cały Nowy Jork i był już prawie na wzgórzu. W tedy czarny cień zjawił się  znikąd i zwalił go z nóg. Przeleciałem półtora metra po nagrzanej od słońca powierzchni drogi. Mój policzek krwawił. Ronie, leżał na drugim 'brzegu', lecz wydawał się być mniej zraniony niż ja. Nie udało mi się odzyskać pełnej koncentracji, lecz dałbym głowę, że słyszałem cichy krzyk. Z trudem podniosłem się z ziemi i pobiegłem w stronę głosu. Widziałem potwora z pazurami ostrymi jak brzytwy, a pod nim chłopaka, którego noga była uwięziona pod ciężarem drzewa. Nie miałem broni, zacząłem myśleć na poczekaniu i w tedy jak na zawołanie, ktoś z tyłu rzucił mi miecz krzycząc 'Nath! Łap!' Dopiero po chwili dotarło do mnie, że był to Louis. Przeskoczył niczym strzała obok mnie i przebił potwora, który natychmiast stał się tylko kupką pyłu. Chłopak, nadal krzyczał, usiłując uwolnić nogę, co sprawiało mu jeszcze większy ból. Jego twarz, jego oczy...były tak znajome.
-Geogre! -krzyknął Louis, usuwając drzewo. Uklęknął przy nim i przytulił. George, zdawał się płakać, lecz nie wiedziałem,  czy ze szczęścia, bólu, czy przerażenia. Po raz pierwszy, widziałem jak Louis płacze. Coś w sercu mnie zakuło. Czy gdybym to ja był na miejscu George'a, czy Louis okazałby takie same emocje? Czy, może obojętnie przeszedł, ciesząc się w duchu, że nie będzie musiał mnie więcej oglądać.
Dało się słyszeć, przerażający ryk. Potwór, którego zabił Lou nie był jedynym. Ku nam zmierzało ich jeszcze kilka. Zagwizdałem, by przywołać Ronie'go.
-Słodziaku, posłuchaj mnie. Weź tą dwójkę i zaprowadź do obozu.-Louis podniósł George'a z ziemi.
-A co z tobą? -błękitne oczy Geo, przenikały  mnie. Nie mogłem powiedzieć, że też zaraz tam przyjdę, bo szanse na to były niewielkie.
-Zaufajcie mi...-zgodzili się, lecz niechętnie. Louis wsadził George'a na grzbiet Ronie'go, po czym sam wszedł.
-Uważaj na siebie...-były to jedne z nielicznych miłych słów, które od niego usłyszałem. 'Muszę, wrócić'  Uniosłem miecz i rzuciłem się w wir walki. Z początku szło mi nie najgorzej. Nie chwaląc się zabiłem ich całkiem sporo. Lecz, potem zaczęło się ze mną dziać coś złego. Jeden z nich zranił mnie w bok. Ból, przeszył całe moje ciało. Nie byłem pewny co to było, lecz czułem ulatniającą się ze mnie energię. Momentalnie stałem się bezbronny. Nie umiałem nawet utrzymać się na nogach, nie mówiąc już o trzymaniu miecza, a tym bardziej o walce. Upadłem. Ktoś pochylił się nade mną. Nie był potworem, a przynajmniej na to nie wyglądał. Przyjrzał się uważnie mojej pokaleczonej twarzy. Niestety ja nie mogłem zrobić tego samego. Jego, lub jej, twarz przysłaniał czarny kaptur. Postać wstała. Za pomocą gestów, wydała polecenia pozostałym potworom. Chciałem krzyczeć, lecz z moich ust, wydobył się tylko cichy jęk. Nie miałem siły, zrobić tego głośniej. Dźwięki dookoła zaczęły się rozmywać. Świat stał się mieszaniną kolorów. Potem nastała głucha cisza i ciemność.

**********
Leżał sam w ciemnej celi. Początkowo, próbował walczyć z oporem jaki stawiało mu jego własne ciało, lecz zdecydowanie przegrał tę walkę. Poddał się. Za ścianą było jakieś pomieszczenie. Dało się słyszeć głosy. 
-Proszę cię o przysługę a ty przynosisz mi coś takiego?! 
-Ale panie...
-Nie ma ale! To była ważna misja, a ty ją zlekceważyłeś.
-On, może mieć coś, do nas doprowadzi do prawdziwego celu. Poza tym, jeden z tej trójki, jest przecież jakoś cholernie ważny, prawda? Sam, mówiłeś panie...
-I naprawdę uważasz, że to coś jest najważniejsze? On, nawet się nie stawiał....
-Jeden z twoich piesków, zranił go w bok. Chłopak jest tak sparaliżowany, że nie potrafi nawet ruszyć ręką. Szybko sprawności nie odzyska... a nawet jeśli, to będzie przynętą na pozostałą dwójkę.
***********************
Jak się chyba domyślacie, przez parę rozdziałów nie będzie Nathana....;C  Staram się teraz dodać więcej akcji i tak dalej. Ponieważ mam za dużo czasu, to rozdział może przy większym szczęściu, pojawi sie nawet jutro.xd 
do następnego;* i proszę o komentowanie.;3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz