czwartek, 5 września 2013

rozdział V

rozdział V
oczami Louisa:
nowe miejsce.

Obudziło mnie lekkie światło. W pomieszczeniu panował półmrok. Nie było to miejsce, które znałem, lecz wydawało się dziwnie znajome. Usiłowałem zmienić pozycję, ale przeszkodził mi w tym piekielny ból. Zupełnie taki jak po oparzeniu. Obejrzałem dokładnie swoje dłonie, ramiona i ogółem całe ciało i z przerażeniem, mogłem stwierdzić, że mam mnóstwo śladów po ogniu.
W mojej głowie była pustka. Pamiętałem wszystko, do chwili, gdy Nathan postanowił zachować się po bohatersku i sam stawić czoło armii potworów. Potem film się urywał.
Zaciskając zęby wstałem z łóżka i podszedłem do okna. Podniosłem firanki, wyglądając na zewnątrz. Moim oczom ukazał się plac, pełen nastolatków, od dwunastego do mniej więcej dziewiętnastego roku życia. Niektórzy z nich ćwiczyli łucznictwo, inni grali w piłkę, a jeszcze inni usiłowali wyciągnąć niesfornego pegaza ze stajni i zaprzęgnąć go do rydwanu. Każdy miał podobne ubranie-jeansy i pomarańczową koszulkę z napisem 'Obóz Herosów' i rysunkiem pegaza(takiego jak na starych greckich wazach). Potem mój wzrok, przeniósł się na moje ubranie. Porwane spodnie, brak jednego buta i wypalone dziury w bluzce. Nie wyglądałem jak jeden z nich...
-Więc to pewnie jest miejsce o którym mówił Nathan...-szepnąłem do siebie, nieświadomy tego, że ktoś mnie słucha.
-Witaj w Obozie Herosów, synu Aresa...-zrobiłem gwałtowny obrót, co przypłaciłem kolejną falą piekącego bólu, i zobaczyłem brunetkę, opierającą się o kolumnę(na którą jakoś wcześniej nie zwróciłem uwagi).
-Skąd ty...
-...się tu wzięłaś? czy 'skąd wiesz kim jestem?' -dokończyła za mnie.
-Mmmm... Może i jedno i drugie...? -odpowiedziałem, nadal czując się niepewnie. Dziewczyna zaśmiała się.
-Zawsze jest tak samo....
-Tak, to znaczy jak? -sięgnąłem po miecz, lecz dopiero po chwili dotarło do mnie, że oddałem go Nathanowi.
-Uciekają przed potworem, dzieje im się coś złego, a potem żądają odpowiedzi na wszystkie pytania jakie tylko przyjdą im do głowy.... standardowe zachowanie nowych w Obozie. -podeszła do mnie.
-Thalia... Thalia Grace, córka Zeusa. -podała mi rękę, ale ja nie zamierzałem robić tego samego.
-Louis Tomlinson syn Aresa i tej no... Artemidy.
-To nie, aż takie straszne jak się wydaje! -lekko dotknęła ręką mojego ramienia.
-Nie dotykaj mnie! -warknąłem, a w tej samej chwili ból przeszył mnie, od ramienia, aż po nadgarstek. Skrzywiłem się.
-No tak...-powiedziała, jakby było to oczywiste. Na chwilę wyszła za parawan, oddzielający mnie od innych 'pokrzywdzonych'. Usiadłem na łóżku, spuszczając głowę w dół.
-Jeśli tak ma wyglądać mój dom, to ja już chce przejść do momentu umierania...-powiedziałem sam do siebie. Po chwili Thalia wróciła.W jednej ręce trzymała złoty kielich, w drugiej probówkę ze złotawym płynem. Wlała jej zawartość do kielicha i rozmieszała z wodą, po czym podała mi.
-Wypij. Poczujesz się lepiej. -spojrzałem na nią z wrogością. Nie wyglądała na kogoś kto chce mnie otruć, czy coś. Nie w tym rzecz. Po prostu medyczne 'przysmaki', zazwyczaj smakują paskudnie, a efekty ich działania nie są wcale takie 'genialne'. Mimo wszystko wziąłem kielich w ręce. Coś mówiło mi, że jeśli nie wypije tego z własnej woli, to ona zadba, by ktoś wlał mi to do ust na siłę. Wziąłem łyk. Wbrew prozom, okazało się bardzo dobre, wręcz przepyszne. Smakowało sokiem arbuzowym, który piłem zawsze, gdy odwiedzała mnie matka. Na to wspomnienie od wewnątrz, poczułem ciepło, które momentalnie rozeszło się po moim ciele. Wszelkie rany zniknęły, a na pamiątkę w ich miejscu pojawiły się niewielkie blizny. Tthalia zabrała mi kielich.
-Jesteś gotowy, by zobaczyć się z Chejronem.
-Pomyślałaś o tym, że może nie mam na to ochoty? -zapytałem, lecz ona wyraźnie nie oczekiwała mojej zgody. Złapała mnie za rękaw i pociągnęła za sobą.
Po drodze, wszyscy patrzyli się na mnie jak na głupka. Fakt śmiesznie musiało wyglądać, że ktoś mojego wzrostu i postawy jest w z taką łatwością ciągnięty, przez dziewczynę... Jej dłonie były jednak silne, a ruchy zdecydowane. Zupełnie, jakby przewidziała całą tą sytuację i przygotowywała się do niej od dawna.
-Nie stawiaj się...-rzuciła ostro.
-Nawet się nie staram! -rzuciłem jej nienawistne spojrzenie. -Wiesz, że sam potrafię chodzić prawda?
-Dobra! -puściła moją rękę. Po czym dodała sobie szeptem:-ach te dzieci Aresa i ich słaby sarkazm... mógł więcej odziedziczyć po matce. -Chciałem coś powiedzieć, ale ugryzłem się w język. Czułem, że nie chciałbym mieć jej za wroga.
Zaprowadziła mnie do czegoś o nazwie 'Wielki Dom', po czym tak po prostu sobie odeszła. Przez jakiś czas stałem w miejscu, zaczynając się lekko nudzić. Potem usłyszałem podniesione głosy dochodzące z tego budynku.  Ostrożnie wszedłem po schodkach na werandę. Teraz słyszałem wyraźnie.
-Słuchaj, jeden mógł być przypadkiem, ale trzech?! I to może nawet jeszcze nie wszystko!
-Nie unoś się, przyjacielu... Nie musimy bać się niczego, co nie zostało przepowiedziane.
-A jak było z Percy'm? Pojawił się i nagle spokój zniknął... Może coś pominęliśmy, przeoczyliśmy...?
Wyraźnie zbliżali się do drzwi, więc gwałtownie się wyprostowałem i udałem, że nic do mnie nie dotarło.
-Dobrze, potem udam się do naszej wyroczni-wyszli na werandę. Ku mojemu zdziwieniu jeden z nich był w połowie koniem.-i zapytam o....-w tej chwili zauważył mnie. Nie dokończył tamtego zdania, lecz wyraz jego twarzy mówił, że to byłoby dla mnie zbyt niebezpieczne. -Ty musisz być Louis Tomlinson.
-Nie zapomnij o tym ile możemy mieć kłopotów, jeśli...-ciągnął ten drugi.
-Wystarczy! To temat na rozmowę w cztery oczy.
-Jak chcesz Chejronie! Przyjdę tu jutro...-odwrócił się i odszedł.
-Wracając do naszej rozmowy...
-Nie było żadnej rozmowy...-poprawiłem centaura.
-A więc ja zacznijmy! -wskazał stół i parę krzeseł.-Usiądź proszę.
I tak był ode mnie sporo wyższy, a gdy siadłem, było jeszcze gorzej.
-Chciałbym się czegoś od ciebie dowiedzieć... o twoim życiu. Jak często widywałeś matkę i swoich braci... i najważniejsze ile masz lat.
-Ja...-zacząłem z niechęcią. Moje życie było pełne trudności i rzeczy o których nie lubiłem mówić.
-Nie bój się... nie skrzywdzę cię. -wziąłem głęboki oddech i nagle mówienie o przeszłości stało się łatwiejsze:
-Nazywam się Louis William Tomlinson. Mam 17 lat. Moimi rodzicami są Ares i Artemida. Mimo obu boskich rodziców, jestem śmiertelny. -mówiłem, jak z nagranej płyty. -Do rodziny Tomlinsonów trafiłem w wieku siedmiu lat. Moja matka chciała całą nasza trójkę wysłać do śmiertelnych rodzin. Zrobiła to, lecz zatrzymała przy sobie Nathana. Od czasu rozdzielenia, George'a widziałem tylko dwa razy, wliczając w to sprawę wczorajszą. Matka często mnie odwiedzała, razem z Nathanem. Ojciec nigdy. Udawał, że nie istnieję...
-Pamiętasz może dlaczego, Artemida zatrzymała Nathana?
-Nigdy tak do końca nie powiedziała, czemu... tylko coś, że z nią będzie bezpieczny, że jakiś zły gościu go nie dorwie, zanim Nath osiągnie odpowiedni wiek i...
-A gdzie Nathan jest teraz?
-Ja...ja naprawdę nie wiem. Postanowił zatrzymać potwory i... on nie wrócił prawda?
-Nie. -jego twarz, przybrała oblicze zaniepokojenia. -I obawiam się, że spotkało go coś gorszego niż śmierć.
Na werandę wpadła, zdyszana blondynka.
-Chejronie! Stan George'a się pogarsza...
 **********************
I po kolejnym rozdziale. Taki trochę długi i uprzedzam, że teraz większość taka będzie.xD
Proszę o komentowanie;* Bo jak na razie to się nie staracie! A nie ma lepszej motywacji, niż pozytywny komentarz.<3
do następnego<3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz