Oczami Nathana:
ucieczka, pod pretekstem.
Oni patrzyli na mnie dziwnie. Tak, przywykłem do tego, że jestem inny...tu jednak miało być inaczej. Ona mi obiecała, powiedziała, że tu będę 'bezpieczny', bo tu są tacy jak ja... Annabeth kłamała. Gdy wypowiedziała imię mojej matki, oni ucichli jak na zawołanie. Tysiące oczu utkwionych we mnie...to mnie przerosło. Łzy pociekły mi po policzkach. Uciekłem, a Ronie za mną. To był mały błąd. Duży kotek, raczej zwracał uwagę, a ja za wszelką cenę chciałem zostać sam. Poza tym, przypominało mi to moją matkę. Nie wziąłem ze sobą nic. Moja decyzja była natychmiastowa, może tylko trochę zbyt szybka... Musiałem odejść stąd zanim oddadzą mnie jemu. Przecież miałem odegrać ważną rolę w świecie, mama zawsze mi to powtarzała... To nie mogło być łatwym zadaniem, zwłaszcza gdy jest się kimś, kto nie powinien istnieć.
Nie było trudno wymknąć się z obozu. Przynajmniej początkowo. Przy samym wyjściu, czekała na mnie Annabeth i Thalia. Zakląłem w duchu.
-Wybierasz się gdzieś? -nie miałem pojęcia, czy powinienem powiedzieć im prawdę czy skłamać...skutek mógł być taki sam w obu przypadkach.
-Ja... Nie powinno mnie tu być! Nie pasuje do tych półbogów...
-To tylko takie wrażenie... Każdy z nas tak miał. Percy też miał pod górkę, on wie jak to jest być kimś kto nie powinien...
-Żadna z was tego nie zrozumie... Nawet ty Annabeth... -Nie zważając na nie, przeszedłem przez barierę obozową.
-Czy ty naprawdę chcesz ściągnąć tu potwory?! -wrzasnęła Thalia, lecz Annabeth uciszyła ją ruchem ręki.
-Thalio, proszę... pozwól mi się tym zająć. Powiedz mojemu rodzeństwu, że spóźnię się na ognisko.-dziewczyna skinęła głową i odeszła w dół wzgórza. Annabeth przeszła przez granicę, siadając przy drzewie po drugiej stronie.
-No chodź! Musimy poważnie porozmawiać...-Z lekkim oporem ruszyłem w jej kierunku.
-Nie mamy o czym rozmawiać... Obiecałaś mi, że będę taki jak inni!
-Skąd miałam wiedzieć, że twoja matka, ma zamiar się do ciebie przyznać?!-krzyknęła, lecz potem się opanowała.-Posłuchaj... Nie mam pojęcia, jakie ona ma plany względem ciebie, ale wiem, że powinieneś spojrzeć na to z innej strony. Wczuj się w jej rolę... Ona cię kocha, jak każda bogini swoje dziecko... Tylko...ona ma trudniej z okazywaniem tego. Sam wiesz...
-Pozwól mi odejść... Muszę odnaleźć takich jak ja...
-Ale...
-Annabeth ja... ja mam brata... -Nie powiedziała już nic, jakby ta wiadomość stanowiła dla niej zbyt wielki szok.
-Jak to t-ty masz brata... Wiedziałabym o tym! Miałam ochronić tylko ciebie, więc... Stop, stop... Od strony ojca czy matki??
-Ojca mamy innego. Ja... nigdy się nie chwalę, naszym pokrewieństwem, bo on jest raczej nieznośny... Syn Aresa, więc rozumiesz...
-Staram się... Zaczekaj... Mam pozwolić ci iść samemu w świat, w poszukiwaniu kogoś, kto...
-Nie... ja wiem, gdzie go szukać. Kiedy odebrali mu niesmiertelność, podrzucili go jakiejś rodzinie w Nowym Jorku, by no wiesz... zamaskować jego zapach..
-Ale, on wie, kim jest, prawda?
-Oczywiście! Często odwiedzaliśmy go z mamą. Albo raczej ona robiła to sama, a ja włóczyłem się po mieście. Mój brat, Louis... nie przepada za mną, mówiąc wprost. -Annabeth zamyśliła się. Wyglądała naprawdę uroczo w świetle słońca. Jeśli kiedyś wrócę, to tylko po to, by ją zobaczyć. Milczenie uznałem jako formę zgody, tak więc podniosłem się z ziemi.
-Niedługo tu wrócę... ja po prostu czuję, że on już nie jest bezpieczny i, że będzie mnie potrzebował. Będę tu z powrotem zanim się obejrzysz. -lekko się uśmiechnęła. Wstała i przytuliła mnie, po czym znów przeszła barierę obozu. Zanim zniknęła za wzgórzem, ostatni raz odwróciła się i pomachała mi na pożegnanie. 'To było łatwiejsze niż sądziłem' Powiedzieć, że moja przygoda jest trudna w tej chwili, nie byłoby właściwym określeniem. Prawdziwe schody, były dopiero przede mną.
*********
Louis mieszkał w małym domku na obrzeżach miasta. Poza nim, mieściło się tam jeszcze pięć osób i pies. Okej, może dom był za mały na tyle osób, może na Olimpie Louis miałby więcej wygody. Tylko, dlaczego o to był wściekły na mnie?Wziąłem głęboki oddech, stojąc przed drzwiami. Nie miałem gwarancji, że mnie nie rozszarpie na miejscu(kiedyś próbował), lub nie zrobi mi bolesnej krzywdy... Wcisnąłem guzik dzwonka. Po chwili drzwi się otworzyły. Stała w nich wysoka blondynka, wyglądająca na około 17-18 lat.
-Tak?
-Emmm... Ja do Louisa. -Czułem się co najmniej dziwnie, gdyż dziewczyna przyglądała mi się z niezwykłym podziwem.
-LOUIS! -wrzasnęła. -RUSZ TYŁEK Z PRZED KOMPA! KOLEGA DO CIEBIE.
-CZEGO? PRZECIEŻ SIĘ NIE...-Stanął w drzwiach, obok blondynki, swojej 'siostry' -Ty...-jego ton był przesiąknięty rządzą zamordowania mnie na miejscu.
-Potrzebuje z tobą porozmawiać.
-Nie mamy o czym gadać...
-Nigdy nie mówiłeś, że masz takiego słodkiego kolegę... Sądziłam, że ty wcale nie masz kolegów...
-Przymknij się Cher...-wycedził przez zaciśnięte zęby.-Chcesz gadać?! Proszę... Ale nie tutaj.-Chwycił mnie za rękaw skórzanej kurtki i wyciągnął za granice posesji. Zdążyłem przyjrzeć się innym dzieciom w tym domu....tylko jedno z nich miało półboskie rysy(poza Louisem). Piętnastoletnia 'siostra' Lou. Wysoka brunetka z ciemniejszą skórą. Przyglądała mi się z ukrycia, udając, że zmiata liście z chodnika.
-Więc, czego chciałeś?! -Jednym szybkim ruchem, przycisnął mnie do kamiennego muru. Znałem jego technikę...
-Musisz, ze mną pójść, bo.... -usiłowałem wymyślić coś na szybko.-Tylko ty wiesz, gdzie jest George...
-To twój jedyny argument?? Odpowiedź, więc jest prosta... JA nigdzie z TOBĄ nie pójdę...
-Błagam cię. Jest....jest takie miejsce, gdzie jest lepiej niż tu. Ja mogę cię tam doprowadzić, ale najpierw musimy ostrzec Geo...
-Najpierw powiedz co nam grozi!
-Nie wiem!! Poznałem dziewczynę, która miała nas odszukać, zanim świat dowie się kim jesteśmy... Ale...boję się, że może być za późno... CHODZI O JEGO ŻYCIE, KAPUJESZ?! -warknąłem, może zbyt bardzo wczuwając się w rolę. On nagle się odsunął.
-Świat się zmienia... Ogarnij to Tomlinson. Nie możemy wiecznie uciekać.
-To TY, miałeś być bohaterem, uratować świat... a teraz prosisz o pomoc... mnie?
-To nie jest takie trudne... okazać trochę zainteresowania...
-Gdybyś widział i przeżył tyle co ja, wiedziałbyś dlaczego nie jestem pewny co do tego...
-Nie chcę siedzieć bezczynnie, gdy mogę coś zrobić! Nie musisz mi pomagać! NIE ZMUSZAM CIĘ!-odwróciłem się z lekkim żalem. Chciałem się pogodzić z Lou... Po części, sądziłem, że ta sprawa nas zjednoczy....
-Nath! Jaaaa... no ten, świat jest nieprzewidywalny. Uważaj na siebie i weź to... -podał mi małą fiolkę z tęczowym płynem. -Na sytuacje wyjątkowe. To taka jakby odtrutka...
-Odtrutka na co?
-Będziesz wiedział, kiedy tego użyć.
-Jesteś miły... dlaczego?
-Mimo, wszystko jesteśmy rodziną, więc... -wyjął karteczkę i coś na niej napisał. -Tam, powinieneś go znaleźć. -Wyciągnąłem dłoń po kawałek papieru, a w tedy on przycisnął mnie, po raz ostatni, szepcząc mi do ucha:
-Nie schrzań tego Sykes... W przeciwieństwie do ciebie, on jest dla mnie ważny... -zniknął.
**********
Mam, aż za dużo czasu.'___' Tak, więc powstał rozdział numero 3. Niby zaczyna się szkoła, ale ja mam zwolnienie na jeszcze dwa tygodnie, więc kto czyta, niech będzie czujny....mogę zasypać was rozdziałami.xD Teraz, postaram się troszkę rozkręcić akcję.;3
to do następnego.;*
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz