oczami Annabeth:
'Okłamałaś nas, bo chciałaś ratować kogoś kogo ledwo znasz?'
Byłam bliska rozpaczy, lecz nie straciłam umiejętności szybkiej reakcji. Odepchnęłam Louisa, który nie stawiał oporu. Gdy jego ciało zetknęło się z ziemią, jęknął cicho. Percy dźwignął się na rękach, usiłując wstać. Szybko jednak odpuścił. Jakby jakaś siła nie pozwalała oderwać mu się od podłoża. Przeczołgał się w stronę Louisa i poklepał go po ramieniu.
-Nic ci nie jest? -zapytał, gdy Lou otworzył oczy. Było to trochę głupie pytanie, ale odpowiedział uśmiechem.
-Wszystko dobrze. -odpowiedział szybko.
-Dobrze?! -krzyknęłam schylając się nad nimi. -Masz całą rozharataną rękę. Naprawdę nie...?
-Mam wysoki próg bólu. Nie czuję go tak jak inni. -kątem oka spojrzał na ranę i szybko odwrócił wzrok. Rzeczywiście widok nie był zbyt piękny. Percy wygrzebał z kieszeni trochę ambrozji. Za mało jednak na ich dwóch. Sam więc zregenerował siły i pobiegł po pomoc. Zrobiłam to samo. Niby, krzyczał, że mam go nie zostawiać samego i inne takie, ale miałam to gdzieś. Chciałam go ratować, mimo tego co przed chwilą odstawił.
Wpadłam do domku i przeszukałam szafki. Jest! Znalazłam! Została ostatnia dawka. Ile sił w nogach, pobiegłam z powrotem na miejsce zdarzenia. Nie! Tłum zdążył się zebrać. Nie podam mu tego, przy wszystkich. Nie pozwolą mi. Nie mogą wiedzieć, że to miałam. Nektarem, go nie uleczą. Ma mniej trucizny niż jego brat, lecz przy tak poważnym urazie...zwykłe metody nic nie zdziałają. Mogą próbować całą wieczność. Jeśli się dowiedzą, że mam lek zabiorą mi go. Uratują George'a, ale co z Nathanem? Czy dalej będą chcieli go odnaleźć? Może kiedy dostaną krew, Nathan stanie się zbędny. Obiecałam matce, że nic mu nie będzie. Dotrzymam słowa. Muszę....
Schowałam fiolkę do kieszeni i wmieszałam się w tłum. Trudno było przecisnąć się, ale dałam radę. Uklękłam obok niego. Thalia już tam była i zajmowała się odkażeniem rany.
-Dlaczego nie podasz mu nektaru? -zapytał Percy. Zjawił się tak nagle.
-Nie działa. -odparła bez emocjonalnie, zupełnie jakby los Louisa nic ją nie obchodził.
-Za pierwszym razem działało, prawda?
-Nie mam pojęcia co się stało, ale nie działa! Percy proszę nie zadawaj głupich pytań...
-Ale...
-Skończyłam z tobą rozmawiać! -rzuciła ze złością. Złością nie podobną do Thali... Louis wysłał mu przepraszające spojrzenie.
-Pozwolisz mi zająć się nim? -zapytałam przyjaciółkę. Zerknęła na mnie z nieufnością.
-Jak chcesz. -tak po prostu wstała i tak po prostu odeszła. Ukrywała coś. Znam ją zbyt długo, żeby tego nie czuć. Thalia Grace się zakochała.
**************
Louis spojrzał na mnie spod grzywki.
-Jesteś pewna, że tak można?
-Tak! Tłumaczyłam ci to przed sekundką!
-To trochę nie fair... -w jego oczach widziałam jak chętnie oddałby to bratu. Bądź co bądź, George miał mniej czasu, niż mogło się wydawać.
-Słuchaj. Muszę mieć pewność, że pozwolą mi iść odszukać Nathana. -Louis wydał z siebie dźwięk, przypominający prychnięcie, ale nie byłam pewna, czy nie poprawiał grzywki.
-Nathan jest ZBAWCĄ świata. NIE potrzebuje NICZYJEJ pomocy, gdyż wszystko potrafi zrobić sam. -Zrobił ruch, jak gdyby próbował skrzyżować ręce. Zamiast tego, tylko lekko jęknął i wrócił do poprzedniej pozycji.
-Nathan jest ZBAWCĄ świata. NIE potrzebuje NICZYJEJ pomocy, gdyż wszystko potrafi zrobić sam. -Zrobił ruch, jak gdyby próbował skrzyżować ręce. Zamiast tego, tylko lekko jęknął i wrócił do poprzedniej pozycji.
-Nathan jest tylko człowiekiem! -Moje nerwy puściły i siłą przytrzymałam jego ramię. Wylałam zawartość fiolki na ranę. Przez chwilę nic się nie działo.
-Szlag! -co jeśli to nie tak działa?
-Aaaaa! -Louis skrzywił się. -Cholera boli bardziej niż przed chwilą! -po jego policzku spłynęła łza, a za nią kolejna. Minęła chwila, a na jego koszulce widniały ciemne mokre plamy. Policzki były czerwone i mokre. Czoło gorące.
-Co ja zrobiłam! -poczułam narastający strach. Zabiłam go? Nie, ale na pewno pogorszyłam sytuację. Musiał zauważyć mój niepokój, bo uśmiechnął się przez łzy. Jego oczy były czerwone. Znaczy, zawsze takie są, jest dzieckiem Aresa, ale...tym razem dało się z nich wyczytać ból i przerażenie. Udał, że jest w porządku, jednak cierpiał bardziej chciał pokazać.
-Nie chciałam! Ja.. -uciszył mnie gestem ręki.
-Nie twoja wina...
-Ale czuję się winna!
-Zabiłabyś, albo George'a, albo mnie! Ja tu jestem mniej ważny, względem jego ojca... -Nagle zjawił się Percy. Szybko schowałam fiolkę do kieszeni, jednak on zdążył to zauważyć.
-Annabeth, czy mogę prosić cię na słówko? -coś mówiło mi, że nie po to przyszedł, ale przedmiot, który włożyłam do kieszeni, nagle stał się dla niego najważniejszy. Wstałam i odeszliśmy parę kroków w bok, zostawiając Louisa samego na ziemi. Wciąż zwijał się z bólu.
Percy nic nie powiedział, lecz sięgnął ręką do mojej kieszeni. Zacisnął palce na fiolce, lecz ja nie chciałam pozwolić mu wyjąć dłoni. Przez chwilę się szarpaliśmy. Nie wiem jak to wyglądało dla innych ludzi. Jakby Percy próbował mnie okraść? Okazał się silniejszy. Wyrwał mi się z przedmiotem w dłoni.
-Ukryłaś to... -zaczął przyglądać się szklanemu naczyniu. -Dlaczego? Co w tym było?
-To już nie istotne...-sięgnęłam po moją własność, ale był szybszy i odsunął się. Prawie upadłam.
-Powiedz mi to teraz, albo pójdę do Chejrona. Wiesz, że możesz mieć kłopoty! -nie wahałam się, jeśli nie powiem jemu, to będę miała problem.
-W tym była krew jednorożca...
-Przez cały czas, miałaś....? Zaraz, jak to.. była?
-Wykorzystałam ją na ranę Louisa.
-Annabeth!
-On, też jest zatruty!
-To jedyny powód?
-Nie myśl, że...
-Chcesz odnaleźć Nathana, prawda? -przestałam z nim walczyć, lecz nie odpowiedziałam. -PRAWDA? -powtórzył krzycząc. Louis obejrzał się w naszą stronę. Percy uśmiechnął się do niego ironicznie.
-Tak! I co z tego?! -Skrzyżowałam ręce na piersi. -Różne rzeczy robi się dla przyjaciół!
-Okłamałaś nas, bo chciałaś ratować kogoś kogo ledwo znasz? Zastanów się, nad tym co robisz...
-Co ja robię?! -przeszła przeze mnie fala złości. To on przecież zachował się jak idiota! Musiał walczyć z Louisem? Nie! Ale zrobił to i o mało nie zginął, a teraz wytyka mi, że robię coś nie tak?!
-Nathan jest skończony... Pogódź się z tym!
-Odwołaj te słowa! -krzyknęłam. Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, lecz przerwał mu cichy pisk. W tym samym momencie odwróciliśmy wzrok. Louis leżał nieprzytomny na trawie. Na tej drugiej ręce miał wypalone litery 'To tylko początek końca...'
****************************
Wiem, niedawno dodałam poprzedni i już nowy... Pisałam dwa jednocześnie, tak jest jakoś szybciej.
Staram się kończyć emocjonująco xd Nie wiem, czy mi to wychodzi, ale trudno się mówi ;3
Do następnego<3
-Co ja zrobiłam! -poczułam narastający strach. Zabiłam go? Nie, ale na pewno pogorszyłam sytuację. Musiał zauważyć mój niepokój, bo uśmiechnął się przez łzy. Jego oczy były czerwone. Znaczy, zawsze takie są, jest dzieckiem Aresa, ale...tym razem dało się z nich wyczytać ból i przerażenie. Udał, że jest w porządku, jednak cierpiał bardziej chciał pokazać.
-Nie chciałam! Ja.. -uciszył mnie gestem ręki.
-Nie twoja wina...
-Ale czuję się winna!
-Zabiłabyś, albo George'a, albo mnie! Ja tu jestem mniej ważny, względem jego ojca... -Nagle zjawił się Percy. Szybko schowałam fiolkę do kieszeni, jednak on zdążył to zauważyć.
-Annabeth, czy mogę prosić cię na słówko? -coś mówiło mi, że nie po to przyszedł, ale przedmiot, który włożyłam do kieszeni, nagle stał się dla niego najważniejszy. Wstałam i odeszliśmy parę kroków w bok, zostawiając Louisa samego na ziemi. Wciąż zwijał się z bólu.
Percy nic nie powiedział, lecz sięgnął ręką do mojej kieszeni. Zacisnął palce na fiolce, lecz ja nie chciałam pozwolić mu wyjąć dłoni. Przez chwilę się szarpaliśmy. Nie wiem jak to wyglądało dla innych ludzi. Jakby Percy próbował mnie okraść? Okazał się silniejszy. Wyrwał mi się z przedmiotem w dłoni.
-Ukryłaś to... -zaczął przyglądać się szklanemu naczyniu. -Dlaczego? Co w tym było?
-To już nie istotne...-sięgnęłam po moją własność, ale był szybszy i odsunął się. Prawie upadłam.
-Powiedz mi to teraz, albo pójdę do Chejrona. Wiesz, że możesz mieć kłopoty! -nie wahałam się, jeśli nie powiem jemu, to będę miała problem.
-W tym była krew jednorożca...
-Przez cały czas, miałaś....? Zaraz, jak to.. była?
-Wykorzystałam ją na ranę Louisa.
-Annabeth!
-On, też jest zatruty!
-To jedyny powód?
-Nie myśl, że...
-Chcesz odnaleźć Nathana, prawda? -przestałam z nim walczyć, lecz nie odpowiedziałam. -PRAWDA? -powtórzył krzycząc. Louis obejrzał się w naszą stronę. Percy uśmiechnął się do niego ironicznie.
-Tak! I co z tego?! -Skrzyżowałam ręce na piersi. -Różne rzeczy robi się dla przyjaciół!
-Okłamałaś nas, bo chciałaś ratować kogoś kogo ledwo znasz? Zastanów się, nad tym co robisz...
-Co ja robię?! -przeszła przeze mnie fala złości. To on przecież zachował się jak idiota! Musiał walczyć z Louisem? Nie! Ale zrobił to i o mało nie zginął, a teraz wytyka mi, że robię coś nie tak?!
-Nathan jest skończony... Pogódź się z tym!
-Odwołaj te słowa! -krzyknęłam. Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, lecz przerwał mu cichy pisk. W tym samym momencie odwróciliśmy wzrok. Louis leżał nieprzytomny na trawie. Na tej drugiej ręce miał wypalone litery 'To tylko początek końca...'
****************************
Wiem, niedawno dodałam poprzedni i już nowy... Pisałam dwa jednocześnie, tak jest jakoś szybciej.
Staram się kończyć emocjonująco xd Nie wiem, czy mi to wychodzi, ale trudno się mówi ;3
Do następnego<3
Jak zwykle akcja potoczyła się szybko i zwarto. Udało ci się, zakończenie jest bardzo, bardzo emocjonujące.
OdpowiedzUsuńNie mogę się doczekać następnego rozdziału
dziękuję ;3 Miło czytać pozytywne komentarze <3
UsuńDopiero na niego weszłam ale zaciekawił mnie więc.....MASZ MI W TEJ CHWILI DAĆ NASTĘPNY ROZDZIAŁ!!!!!! XD
OdpowiedzUsuńA tak poważnie masz talent lietracki :*
już dodałam nowy ;3 Dosłownie przed chwilką ^^
Usuń