piątek, 20 września 2013

rozdział VI

rozdział VI
coś więcej niż honor.

Moje serce o mało nie stanęło, gdy wypowiedziała te słowa. Mierzyłem się z tym dwa razy. I za każdym razem, dana osoba po prostu umierała. Czy George miał dołączyć do grona tych osób?
To ja biegłem przodem. Skąd wiedziałem, dokąd? No, więc nie wiedziałem. Nie miałem pojęcia gdzie niosą mnie nogi. Byłem zbyt pochłonięty myślami. Tym, że mogę stracić ostatnią bliską mi osobę. Znaczy jest tamta rodzina, ale to nie to. Nie pasuję tam. Uciekałem może jakieś...nie wiem nie liczę! Zawsze wracałem, ale...naprawdę nie wiem po co, by za parę dni znów spróbować? Oczywiście matka nie wiedziała o niczym. A oni nie mówili jej, bo nie mieli pojęcia, że ona jest moją matką. Była raczej ciotką, której sytuacja finansowa była gorsza niż Tomlinsonów. Tylko, dlatego nie przekazali mnie w jej ręce.
Jest jeszcze Nathan, ale...nie! On nie jest...to ostatnia osoba do której chciałbym się zwrócić, gdy będę miał problem. Raz gdy uciekłem, był ze mną. On miał dwanaście lat, ja trzynaście. Zostałem sam z Nathanem. Dwa dni błądziliśmy po Nowym Jorku. Nie rozumiałem, dlaczego uciekł z Olimpu. Miał wszystko czego trzeba...miał matkę i ojca, który nie miał problemu z zauważaniem go. Nie chciałem pytać. On sam nie powiedział. Myślałem, że z nim wszystko będzie łatwiejsze. Nie było... Ujmę to tak:Jesteśmy jak ogień i woda. Szybko zaczęliśmy się kłócić, a raczej to ja zaczynałem kłótnie. Jestem dzieckiem Aresa, nic nie poradzę na to, że złość mam we krwi. Wyraźnie nie grało to z łagodnym usposobieniem Nathana. Poszedł swoją drogą, a ja swoją. Razem już dawno byłoby po nas. Może to, wyszłoby lepiej? W każdym razie, zrozumiałem, że mogę liczyć tylko na siebie. A no i, że nienawidzę Nathana.
Tak, więc wpadłem do izby chorych jak petarda. Blondynka ze spokojem, odsunęła jedną z zasłon i wskazała ręką, do centaura.
George siedział na jakimś fotelu i oddychał głęboko, na polecenie badającej go dziewczyny. Szczerze mówiąc, wyobrażałem sobie go leżącego na łóżku, umierającego i tak dalej. W pewnym momencie, zorientowałem się, że on rzeczywiście wygląda na kogoś u kresu życia. Z ilości rozlanego płynu na podłodze, wywnioskowałem, że próbowali uleczyć go tym magicznym napojem, którym uleczyli mnie. Tak. Próbowali... Rany na jego ciele nie zniknęły, a nawet powiedziałbym, że były gorsze. On także miał ślady oparzeń, lecz to był najmniejszy problem.
Dziewczyna podała mu kolejną dawkę czarodziejskiego soczku, ale on tylko pokręcił głową na nie. Wyraźnie miał dość. Jego oczy z błękitnych, przybrały barwę niemal czarną. Coś we mnie pękło. Louis Tomlinson nagle znikł. Pojawił się zwykły Louis. Moje dawno nie używane 'alt-mode'* powróciło. Długo zastanawiałem się, nad tym co powinienem powiedzieć. 'Wszystko ok?'. To w tej sytuacji powiedział bym zwykle. Nie teraz. Wyszedłbym na idiotę i tak dalej.
-Żyjesz Georgey? -zapytałem. Odpowiedział lekkim uśmieszkiem, który szybko znikł. Nie miałem mu tego za złe.
-Jak to się stało, że nektar nie działa?! -zaklęła blondynka.
-W jego żyłach jest trucizna. Nie tylko pogłębia urazy, lecz hamuje działanie leków.
-Nie możecie po prostu pozbyć się tego świństwa?
-To nie takie proste... Nigdy nie miałam do czynienia z tą substancją. Wykonanie odtrutki, może zając miesiące, a nawet lata...-sięgnąłem pamięcią do wydarzeń z przed paru dni:
-Uważaj na siebie i weź to...na sytuacje wyjątkowe. To taka jakby odtrutka...
-Odtrutka na co?
-Będziesz wiedział, kiedy tego użyć. 
Oddałem Nathanowi, swoją szanse. Nie mogłem przewidzieć, że tak się stanie, ale...Jeśli mam mu pomóc, muszę odnaleźć Nathana.
-Słuchajcie. Wiem, co mogłoby pomóc.
-CO?! -wszyscy natychmiast zwrócili się w moją stronę. Cała uwaga, skupiała się na mnie. Uczucie, którego nienawidzę. Jeśli się pomylisz, natychmiast oni to wiedzą.
-Krew jednorożca? -uprzedziła mnie blondynka.
-Skąd wiedziałaś?
-Też o tym pomyślałam, ale....tylko jeden jednorożec posiadał uzdrawiającą krew, a on zginął dawno temu...
-Ale wiem, gdzie to znaleźć, znaczy mniej więcej wiem. Miałem niewielką ilość tego od pewnej półbogini  sprzed jakichś czterech lat. Oddałem Nathanowi, gdy widzieliśmy się praktycznie po raz ostatni i...-przerwałem, widząc wzrok tej dziewczyny utkwiony we mnie ze zdumieniem.
-Ile masz lat? -zapytała
-Prawie 17...
-To znaczy, że cztery lata temu, miałeś....
-13. Tak zgadza się. Ale co to ma...?
-O bogowie! Ty jesteś Louis! To Louis!
-Tak, tak mam na imię. Nie rozumiem tylko...
-Annabeth! Annabeth Chase! To ja dałam ci krew jednorożca. -Nagle, poczułem, że wszystko stało się jasne. Miała te same oczy. ten sam uśmiech...ale nigdy nie pomyślałbym, że to ta sama dziewczyna.
-Dlaczego mu to dałaś?! -zapytała z oburzeniem, ta druga dziewczyna.
-Bo...bo zobaczyłam w nim siebie. Gdy miałam siedem lat, gdy uciekłam. Walczył w tej samej sprawie, więc pomogłam...oddałam coś bardzo ważnego. Muszę przyznać, że wiele razy żałowałam tego. Myślałam w tedy, że być może uratowałam życie temu chłopakowi i liczyłam, że kiedyś jeszcze się spotkamy. Teraz jesteś tu. To znak!
Na chwilę wyłączyłem się z rozmowy. Ona chciała, spotkać mnie po tych czterech latach? To, ja zawsze chciałem ją zobaczyć, jak się zmieniła. Pomogła mi wyjść z opresji, a potem dała krew jednorożca, coś bardzo cennego.
Nagle zjawił się jakiś chłopak. Włosy idealnie ułożone, oczy w idealnym kolorze. Pocałował ją w policzek.
-To co się szykuje? -zapytał rozbawionym tonem. Zaczęło się we mnie rodzić uczucie zazdrości. Za wszelką cenę chciałem być od niego lepszy.
-Percy! Właśnie miałem posłać po ciebie. Zostaniesz wysłany na misje.
-Czyli wybieram, dwoje towarzyszy! Super. Więc, oczywiście Annabeth iiii....-zawahał się. -Nathan? chodź widzę, że go tu z nami nie ma.
-I nie będzie! -dodałem, uprzedzając reakcję innych.-Właśnie jego mamy ratować!
-To, może Clarisse, zechce pójść, albo..
-Ja! Ja pójdę! -krzyknąłem z rozdrażnieniem.
-Louis, jeśli nie chcesz nie musisz iść...-Annabeth, nie pomagała.
-Chodzi o mojego brata!
-Jesteś pewien, że dasz radę? Nigdy się nie szkoliłeś...
-Sprawa jest jasna! Idę ja, Annabeth i Thalia. Nie chce być niegrzeczny, lecz ktoś słaby, byłby tylko problemem. -chłopak wstał i wyszedł. Moje policzki, musiały być czerwone od złości. Wybiegłem za nim.
Dogoniłem go w okolicach areny.
-Czy ktoś niewyszkolony, potrafi walczyć tak?! -krzyknąłem i łapiąc pierwszy lepszy miecz.
-Przestań! -wrzasnęła zdyszana Annabeth.
-Nie! Nikt, nie nazywa Louisa Tomlinsona, słabym! tu chodzi o coś więcej niż o honor! -próbowała mnie zatrzymać, ale nie umiała.
-Zwykle nie lubię, walczyć by udowodnić czyjąś wyższość, ale nie dajesz mi wyboru. -miecz wyrósł w jego ręce, tak nagle, że przez chwilę myślałem, że to mi się wydawało. Był piękny, ze znakiem trójzębu. Widziałem go już gdzieś...chyba u Nathana?
Precy zrobił pierwszy ruch. Annabeth wołała o pomoc, ale ani ja, ani on nie mieliśmy zamiaru tak łatwo przestać.
Nie było łatwo, ale udało mi się go rozbroić i położyć na ziemię. Trzymałem teraz miecz nad jego piersią, gotowy zadać ostatni cios.
-Proszę! Przestańcie! -była bliska płaczu. Każda komórka mojego ciała, była pewna tego co chcę zrobić. Być od niego lepszy. Zamachnąłem się i wykonałem ruch.
**************
*alt-mode -inna odsłona tej samej osoby.
rozdział w sumie o historii Louisa. Co będzie dalej? A tego to ja nie powiem...>.< Muszę dochować tajemniczy.xD
****************


3 komentarze:

  1. Piszesz bardzo ciekawie. Masz świetny pomysł i idealnie urywasz historię, która utrzymuje człowieka w niepewności.
    Nie mogę się doczekać dalszych rozdziałów

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Super zapraszam do mnie ! http://amor-animi-falli.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń