rozdział XI
oczami Nathana:
'Błysk, huk, światło...i wieczna ciemność'
Nie mam pojęcia jak długo spałem, lecz pamiętam światło dnia. Teraz natomiast musiał być, może środek nocy? Rozejrzałem się po pokoju. Już nie byłem w tym lochu. Znaczy, widziałem niewiele, ale czułem się bezpieczniej. Poza tym spałem na czymś wygodnym i przykryty kocem.
Nie wiedzieć czemu okropnie szczypała mnie ręka. W ciemności nie mogłem obejrzeć nadgarstka, ale wyraźnie coś było nie tak...
Kierując się w kierunku drzwi, potknąłem się o coś i upadłem z hukiem. Metalowe przedmioty i sznurki, nie ułatwiły mi zadania, jakim było pozostać cicho. Lou poruszył się na łóżku i cicho jęknął. Leżał na boku, a gdzieś pod poduszką tliło się czerwone światełko. Byłem tak strasznie ciekawy, więc z trudem wyplątałem się ze sznurków i ruszyłem w jego stronę. Moja dłoń była parę centymetrów od niego, lecz nagle ktoś złapał mnie za rękę.
-Nie bódź brata...-szybko rozpoznałem głos Annabeth. -Czy ty na Bogów wiesz, która jest godzina?!
-Ja nie...
-Gdzie Percy? Jest środek nocy, a jego nie ma! -zaczęła biegać po domku.
-Nie przesadzaj, jest góra szósta nad ranem...a teraz to ty go obudzisz nie ja...-odparłem z ironią. -Dlaczego nie można...?
-Bo nie! Nie chcę by znów próbował mnie zabić!
-Z-zabić? Lou?!
-Nie, wiesz? Kronos come back! -uśmiechnęła się krzywo i zaczęła przekopywać pościel na każdym łóżku kolejno. W pewnym momencie krzyknęła i rzuciła w posłanie poduszką.
-George! Dlaczego mnie uderzyłeś?! -Louis przekręcił się na drugi bok. Drżał, dosłownie tak, jakby przeżywał koszmar, a nie mógł się obudzić. Na jego ręce ukazały się mocno czerwone litery; źródło światła, które widziałem pod poduszką...
-Na wszystko co święte...kto mu to zrobił? -zakryłem usta ręką.
-Tego nie wiemy...-odpowiedziała układając pościel znów w idealnym ładzie -Ale on od tego wariuje...-usiadła na podłodze i zaczęła bawić się skrawkiem prześcieradła. Martwiła się i to jak. Fakt, że znałem ją nie koniecznie długo, ale nigdy nie wiedziałem jej w takim stanie.
-Ty... znasz Louisa, prawda?
-Wiesz skąd miał tą fiolkę? Ode mnie, Nath...-po jej policzku spłynęła łza. -Teraz gdy znów go spotkałam, nie miałam nawet chwili by z nim porozmawiać...sama bez innych. -położyłem dłoń na jej ramieniu.
-Będzie dobrze.. Louis to silny...chłopak. On nie da się pokonać! Za żadne skarby świata. -otarła łzy rękawem.
-Nie próbuj mnie pocieszać Nath...powinieneś wiedzieć, że jako córka bogini mądrości, potrafię odróżnić prawdę od dobrych intencji...
-Nie kłamałem...to jedna z rzeczy, których jeszcze o mnie nie wiesz. Ja nie umiem kłamać. Podczas gdy on ma to we krwi...
-Co cie męczy? Nie kłamać to dobra rzecz....
-Ja nigdy nie...tego nauczył mnie mój ojci...Posejdon-poprawiłem się. -i tego się trzymam, ale nie to miałem na myśli....
-Więc o co chodzi?
-Nie umiem walczyć tak jak Louis, nie umiem być tak odważny i śmiały jak on.... -przerwała mi:
-Nie jesteś nim...-stało się coś dziwnego. Jej oczy jej usta...przybliżyła się do mnie, a ja nie miałem z tym problemu. Skończyło się...pocałunkiem. Ale nie był zwykły. Był magiczny, a ona dosłownie napierała na mnie. Poczułem ból, gdy oparła na mnie prawie cały ciężar ciała. Nie dawała mi wziąć głębszego oddechu.W tedy do domku wszedł ktoś kto nie powinien zobaczyć tego co się działo...nie oszukując nikt nie powinien.
-Poranny apel za 10 minu...-Thalia przerwała w pół słowa. Nie bardzo wiem, czy na widok mnie, czy z uwagi na to między mną, a Annabeth. Przyjęli do wiadomości, że zginąłem, a nagle pojawiam się nie wiadomo skąd i...no właśnie.
Annabteh wybiegła z domku jak petarda.
-Annabeth! zaczekaj! -zacząłem ją gonić, lecz po drodze wpadłem na jakąś dziewczynę.
-Ej! Uważaj może jak chodzisz?! Poplamiłeś mi błotem nowe Nike'i! -normalnie przeprosiłbym, ale nie! Coś się we mnie zmieniło...w moim umyśle ktoś namieszał. Przeszył mnie piekący ból, a jego źródłem była ręka.
-Twoje buty..nie mój problem.-warknąłem
-Ty uważaj bo ja ci...!-zaczęła wymachiwać pięściami.
-Taka jesteś odważna?
-Może chcesz sprawdzić? -zapytała.
-Kate...proszę przestań! -chłopak niewiarygodnie podobny do niej, zaczął ją odciągać.
-Nie wcinaj się Austin! -krzyknęła do blondyna, który najwyraźniej przywykł bo tylko wywrócił oczami i kontynuował czynność. W pewnym momencie dziewczyna go uderzyła, a on natychmiast puścił ją łapiąc bolący policzek.
-To może mały pojedynek? Co ty na to mały? -rzuciła w moją stronę w sposób niby obojętny, ale dostrzegałem błysk w jej oku. Fascynacja, tak jakby już dawno marzyła o tym, by komuś porządnie wtłuc. Chciałem zaprzeczyć, lecz każda część mojego ciała przestała byc posłuszna.
-Pewnie! Kiedy i gdzie? -odpowiedziałem mimo woli. Dziewczyna zaśmiała się.
-Tu i teraz! -zamierzyłem sie pięścią, lecz nagle nogi się pode mną ugięły. Odzyskałem władzę nad moim organizmem, ale wszystko we mnie było dużo słabsze niż przedtem. Osunąłem się w dół, ale Kate mnie podtrzymała...Szybko i nieznacznie przyjrzała się mojej dłoni.
-Jesteś jednym z nas? -zapytała półszeptem. Jednym z nas? I w tedy ja także spojrzałem na rękę. Wyraźny czarny znak w kształcie podobnym do słońca...tego nie miałem wcześniej!
Kate odsłoniła swój policzek, na którym przez moment pojawił się taki sam symbol.
-Nie rozumiem tylko, dlaczego się nie maskujesz, oni mogą szybko...-nie dokończyła, bo zbiegli się inni herosi. Thalia wzięła mnie pod ramie. Przed oczami zatańczyły mi kolorowe plamki. W tłumie nie było Annabeth, a ja czułem, że chyba umieram.
Gdy się obudziłem, trzymała moją dłoń. Tak samo czule jak pierwszego dnia, kiedy ją poznałem. Sytuacja lubi się powtarzać...
Wydawało mi się, że spała, ale czy to możliwe, że byłem w śpiączce tak długo?
-Nath...więc ty żyjesz. -uśmiechnęła się przez łzy.
-Jak długo..?
-Tylko parę godzin, ale prawie tak jakbyś był martwy. -przez chwile siedzieliśmy w ciszy. Nie chciałem poruszać tematu z rana, chociaż wydało mi się to konieczne.
-Skoro już wstałeś śpiąca królewno, to rusz tyłek do Wielkiego Domu... Chcą nas widzieć. -Kate wyszła zza ściany. Annabteh zacisnęła dłoń na sztylecie. Uspokoiłem ją gestem ręki.
-Po co, przecież nic ci nie zrobiłem!
-Ale sądzą, że ja zrobiłam coś tobie... Jestem córką bogini magi, mogłam zrobić coś takiego. W końcu zemdlałeś w tym, a nie w innym momencie.
-Ale to nie byłem ja! Dlaczego nikt mi nie wierzy? -szybkim ruchem wyminąłem ją i Ann, po czym wybiegłem na dwór.
Co się ze mną dzieje, na bogów?! Co mnie opanowało, rządzi mną od środka?
Potrzebowałem być wolny...wybiegłem poza obóz.
Jedna przecznica dzieliła mnie od Olimpu, od matki...Postawiłem nogę na drodze.
Błysk, huk,światło...i wieczna ciemność.
******************
Po rozdziale. Ufff nie zabijcie mnie za nicz proszeee, wiem że namieszałam '_____'
Nie jest aż tak źle :)
OdpowiedzUsuńRozdział jest świetny. Życzę dalszej weny.
Dlaczego musisz przerywać w takich momentach?
dziękuję ;3
UsuńUcinam, bo to trzyma w napięciu i zaciekawia czytelnika ^^