rozdział II
Nathan dostaje 'kotka'.
Gdy się obudziłem, byłem we własnym łóżku. Tak..to było moje łóżko w domku numer trzy-domku Posejdona. ale dlaczego nie pamiętam niczego po rozmowie z duszką wody? Może nic ważnego się nie zdarzyło...i przy tym zostańmy.
Na śniadaniu, każdy patrzył się na mnie jak na jakiegoś intruza...Taaa... Ja sam nie mógłbym wytłumaczyć dlaczego tak na prawdę zaatakowałem Nathana. Czy...ktoś kazał mi? Nie...wiedziałbym o tym. I jeszcze to co powiedziała mi Wiktoria...Że on jest jakby śmiertelnym bogiem? Mój mózg nie był w stanie nawet przetworzyć faktu, że to jest w ogóle możliwe, a co dopiero myśleć o tym JAK to jest możliwe... No i pozostawał jeszcze fakt, która para mogłaby być jego rodzicami. Sądziłem, że bogowie w pewnym sensie nie pakują się w związki między sobą(znaczy poza tymi w których już byli...) Zaczynałem nawet rozważać opcję, że wszyscy dokoła mnie wkręcają, że znają Nathana, a postanowili tylko wykorzystać fakt, że ja go nie znam, by zrobić sobie ze mnie jaja! I wtedy wszystko zaczęło się komplikować, od momentu gdy jego matka... z resztą łatwiej będzie to opisać:
Zaraz po śniadaniu, postanowiłem sprawdzić co jest z Nathanem, bo kiedy widziałem go po raz ostatni, przy strumieniu nie wyglądał najlepiej. Pomyślałem, że najpewniej znajdę go w 'szpitalu', a razem z nim Annabeth, jak zwykle czule trzymająca jego dłoń. Tam jednak go nie było. 'Fakt był tu przez noc, ale potem odwiedziła go ta dziwna dziewczyna i on uznał, że czuje się tysiąc razy lepiej! Nie uważając na moje ostrzeżenia, o tym, że taki stan może być chwilowy, wyszedł i tyle go widziałem...' -opowiadał jeden z medyków. 'widziałem go tu wczoraj, ale dzisiaj już nie, jakby rozpłynął się w powietrzu' -mówił drugi. Żadnego śladu-w Wielkim Domu, Chejron odesłał mnie do 'szpitala'(postanowiłem mu nie mówić, że już tam byłem) w domkach nikt nie widział go od wczoraj. Zacząłem intensywnie myśleć, lecz gdzieś w głębi czułem, że on żyje i dalej jest tu...tylko w miejscu gdzie nikt nie myślałby szukać, sam nie wiedziałem skąd, ale to czułem. I w tedy do głowy przyszła mi jedna naprawdę powalona myśl... Przez chwilę moja reakcja była natychmiastowa 'nieeee... Błagam mózgu, jeśli masz więcej takich pomysłów, to najlepiej się nie odzywaj...' Lecz po chwili coś mnie uderzyło. 'A może jednak?' Pobiegłem ile sił do lasu. Coraz wyraźniej czułem go... Tylko gdzie? Las miał swoją powierzchnię, mogłem więc szukać jak jednego ziarna piasku na kilkukilometrowej plaży.
Szukanie okazało się jednak dużo łatwiejsze niż się wydawało... Zajęło mi kilka minut, coś mówiło mi gdzie mam iść. Nathan siedział nad strumieniem, bawiąc się kropelkami wody, zupełnie jakby były puzzlami. Układał je w różne kształty i napisy, a najdziwniejsze było to, że robił to w powietrzu używając jedynie swoich dłoni. We włosach miał trochę liści, a jego spodnie i koszulka były poplamione na zielono, zupełnie jakby przed sekundą tarzał się w leśnej ściółce.
-Ym? Nathaaan...? -Podskoczył, jakby przestraszony, a kropelki natychmiast spadły na ziemię. Położył dłonie na ziemi i przymknął oczy, oddychając ciężej. Poczułem lekki wiatr.
-Chciałeś coś? -Zapytał z udawaną powagą.
-Jak ty...
-Widziałeś?? -Przez chwilę w jego twarzy, mogłem odczytać zakłopotanie, tak jakby to co robił było jego prywatną, dla innych śmiertelną, tajemnicą. Potem tylko lekko się uśmiechnął.
-To stara sztuczka...nic więcej...-Głos w mojej głowie, mówił, że 'stara sztuczka' wcale nie była sztuczką, tylko jakąś mocą, którą posiadał Nathan.
-Dobraaa...-Starałem się nie okazać tego, że wierzę mu tylko w góra dwudziestu procentach, bo w końcu nie po to przyszedłem.-Chciałem cię przeprosić za wczoraj i ten...nie bierz sobie do serca mojego zachowania...
-Mówiłem, że nie mam ci tego za złe...
-...a jeśli zechcesz uczciwej walki to podejmę wyzwanie i.... zaraz przepraszam CO?!
-Nie chcę walki, nie chcę twojego...miecza. -Jego spojrzenie zatrzymało się na mojej kieszeni, dokładnie tej w której trzymałem moją długopiso-broń, i mógłbym przysiąc, że miecz poruszył się w niej. -Tak, miecz jest twój i niech tak pozostanie...-Oczy Nathana zabłysły, całkowicie na niebiesko, lecz szybko odzyskały swoją naturalną barwę. Naturalną, to oczywiście przenośnia, bo tęczówki tego herosa, w żadnym stopniu nie były naturalne, były maksymalnie nasycone kolorem oceanu oraz lasu, dając pobudzającą mieszankę; dodatkowo świeciły w ciemności, słabym światłem.
-Coś nie tak? -Zapytałem, odruchowo sięgając ręką do kieszeni.
-Chodzi o to, że kiedy wczoraj razem dotknęliśmy tego miecza ja...
-Padnij!-Przerwałem mu w połowie zdania. Nathan rzucił się na ziemię w ostatniej chwili, uchylając się przed łapami stwora. Lekko podniosłem wzrok, by ocenić sprawę. Przed nami stał ogromny...
-Leopárdali̱...-Oznajmił Nathan z nutą podziwu w głosie. -Jest...jest przepiękny...
-Co?!
-No Lampart! Jesteś herosem, powinieneś rozumieć grecki...
-Moje 'co' znaczyło, bardziej 'Skąd Lampart wziął się tu?!' -Odskoczyłem i wyjąłem miecz. Kot zawarczał tylko, lecz nie cofnął się.-Uciekaj puki możesz!-Wrzasnąłem przekonany, że Nathan jest za mną, ale to było tylko złudzenie. Nie miał broni, a nawet gdyby miał, zapewne nie umiałby jej użyć, a mimo to z uśmiechem szedł w kierunku pewnej śmierci. No tak. Odwaliło mu zupełnie.
-Mówię UCIEKAAAJ! -Krzyknąłem głośniej. Lampart warknął, gdy Nathan wyciągnął rękę w jego stronę szepcząc coś w stylu 'Nie przejmuj się, Percy nie chce zrobić ci krzywdy...'
-Schowaj miecz, proszę....-Rzucił nie odrywając wzroku od zwierzęcia.
-S-schować miecz? Jassneee... Już się pale do tego, żeby położyć się temu czemuś na pożarcie...-Zawarczał głośniej, lecz Nathan wydawał się panować nad sytuacją.
-Spokojnie, kotku... Czuję, że wiesz kim jest moja matka... Jej nie zrobiłbyś krzywdy, więc mnie także.-zwierze przystanęło i spojrzało gniewnie w moją stronę, po czym przysunęło ogromny pysk do dłoni mojego towarzysza, dając mu się dotknąć. Pomimo tego sytuacja była niepewna...
-Odsuń się od tego potwora!! -Lampart skoczyła na mnie, przyciskając do ziemi. Mój miecz odleciał na jakieś pół metra w bok.
-Nie, nie. Zostaw Percy'ego, Ronie... -Kot posłuchał i podszedł do niego, trącając go czubkiem nosa.
-Ronie?! -Wstałem i otrzepałem ubranie. -Nie możesz nazwać, morderczej kici, Ronie!
-Ja nie... Ale moja matka tak.-Usłyszałem szelest liści za sobą. Odwróciłem się celując bronią, przekonany, że zobaczę kolejne stworzenie, próbujące rozszarpać mnie. Myliłem się. Annabeth i reszta musieli, usłyszeć odgłosy walki. W tym samym czasie, oślepiło mnie światło...jego źródłem był....był Nathan. Mordercza kicia wyprostowała się, tak jakby właśnie stała przed swoją królową. Nad głową Sykesa był znak, ukazujący łuk i dwie strzały. On sam, był zdezorientowany, gdyż ze strachem spojrzał w górę. Przeleciałem wzrokiem po wszystkich. Oni nie wydawali się jednak zaskoczeni, a najbardziej ci z domku Apollina.
-Apollo? -wyszeptałem w stronę Annabeth.
-N-nie....-na chwilę się zawahała. -To... Artemida...
***********
Ulitowałam się i napisałam ten rozdział ^^ Pomimo tego, że nie było wyznaczonej liczby komentów... Postarajcie sie teraz co?? góra 3!
Zostawie was sobie w niepewności co będzie dalej.;] Powiem tylko, że rozdziały, będą teraz z różnej perspektywy(spoko, za każdym razem podpiszę czyimi oczami jest widziany świat). Pewnie zauważyliście, że w zakładce bohaterów są postacie, których tu nie ma... Spokojnie pojawią się.;3 Iiii....myślę nad dodaniem bohatera...a konkretniej bohaterki. Szczegóły w następnym rozdziale.;3
WOW genialne... tym bardziej że Artemida nie może mieć dzieci.... to jest tak zaje*****, że aż cię zasubskrybuję
OdpowiedzUsuńhahaha dziękuję <3 xD
Usuń