Jak zostałem pokonany, własną bronią.
*tydzień później*
Nie powiem, że wiele się zmieniło. No poza tym, że coraz rzadziej widywałem Annabeth, to wszystko pozostało nie zmienione. Nie raz myślałem o tym, jak jedna przypadkowa osoba może wywrócić moje życie do góry nogami. Miałem nadzieję, że ten heros nie namiesza w spokoju o który walczyliśmy tak nie dawno.
Był piękny letni dzień. Słońce świeciło nad obozem(nie
powiem, że to coś nowego). Jak zwykle odbyło się mnóstwo różnych zajęć, a ja
mogę się pochwalić, że zostałem instruktorem walki na miecze! Nauczanie młodych
herosów, faktycznie daję pewną satysfakcje, ale w tedy zacząłem naprawdę
martwić się o Annabeth. Nigdy nie miałem okazji tak w pełni skupić się na niej,
gdy sam musiałem unikać ciosów ‘przeciwnika’. Teraz jednak mogłem zaobserwować
jej wspaniała strategie i technikę, oraz sposób w jaki posługiwała się bronią.
Była jednak(jak na moje oko)bardziej brutalna, bezwzględna…jakby ktoś zmienił
jej osobowość.
-Ej, ej! Annabeth! –Mogłem przewidzieć, że będę tego żałował.
–Nie każdy jest mistrzem szermierki!-Starałem się brzmieć jak najbardziej
dorośle, jednak czułem się jak najgorszy palant. Raz-musiałem być dla niej nie
miły, dwa-zaczynałem czuć, że zmieniam się w starą zrzędę. - Powinnaś być
łagodniejsza dla…-Annabeth powaliła przeciwnika z domku Hermesa i odwróciła się
do mnie.
-Jaki masz problem?! Nie sadze, żeby wrogowie w przyszłości
dawali im fory! –Patrzyła na mnie wzrokiem pełnym gniewu. Sam nie wiem co w
tedy myślałem, ale moim zachowaniem kierował jeden silny impuls…pocałowałem ją.
Upuściła miecz, który z brzdękiem odbił się od kamiennej posadzki areny.
Uciekła.
******
-Percy! –Krzyknął ktoś za mną, gdy wychodziłem ze stajni.
–Powinieneś coś zobaczyć!-Jeden z braci Hood pociągnął mnie za rękaw do
Wielkiego Domu.
-Dobra, teraz możesz mi powiedzieć co jest grane?! –Nie
odpowiedział, lecz gestem ręki wskazał jeden z pokoi. Zajrzałem do środka, przez dziurkę od klucza.
Na łóżku leżał tamtej chłopak, a obok niego siedziała Annabeth ściskając dłoń
herosa.
-Coś cię martwi? –Chejron położył jej dłoń na ramieniu.
-Minął już tydzień, a on…
-To zwykły heros…kiedy uciekają z domu, rzadko kiedy
docierają tu żywi… Nie powinnaś się tym, aż tak przejmować. Gdybyś chciała mieć
na sumieniu, każdego kto…
-On nie jest zwykłym herosem…-Wstała zaciskając pięści. –On
jest…! Aeeh…-Ponownie zajęła miejsce obok niego.
-Powinnaś odpocząć moja droga… On jest pod dobrą opieką,
możesz być spokojna. –Wziął swój łuk. –Dołączysz do reszty na zajęciach?
–zapytał, lecz tak jakby to był rozkaz.
-Tak ja tylko…zaraz przyjdę. –Uśmiechnął się, a ona także
wymusiła na sobie lekki uśmiech. Jeszcze przez jakieś 5 minut siedziała w
ciszy, po czym wstała i ruszyła w stronę drzwi. Zacząłem się zastanawiać jak
zniknąć, lub wytłumaczyć jej skąd wziąłem się w Wielkim Domu, akurat pod tymi
drzwiami. W tym samym momencie, nasz tajemniczy półbóg odzyskał świadomość i
złapał ją za rękę. Poczułem dreszcz na całym ciele. On tak nagle…
-Nathan! Wszystko w porządku? –Zapytała z troską w głosie.
-Skąd…skąd znasz moje imię? –On, tak jak i ja zdawał się być
niezorientowany w sytuacji w której właśnie się znalazł.
-Twoja zawieszka… -Wskazała na łańcuszek z dużym spiżowym
‘N’, leżący na szafce.
-A gdzie jestem? –Zaczął nerwowo rozglądać się po pokoju.
-Jesteś bezpieczny…-W jej głosie dostrzegłem to samo co
kilka lat temu, gdy ja byłem tu pierwszy raz.-Twoja matka kazała mi…-Jego oczy
zaszły łzami. Podniósł się na rękach i usiadł. Wyglądał już dużo lepiej niż
kiedy widziałem go po raz pierwszy.
Część ran i siniaków zniknęła z jego skóry, jednak niektóre z nich
przerodziły się w blizny, na zawsze szpecące.
-Nic mnie nie obchodzi to czego oczekuje moja matka… nie
zamierzała o mnie walczyć, wiec niech nie udaje, że chce mnie bronić… -Otarł
łzę z policzka.
-Ona cię kocha! Musisz uwierzyć…Lecz przeciwko Zeusowi nie
miała szans!
-Ona…ona nawet nie próbowała…
-Percy…Powinniśmy już iść. Chejron może się wkurzyć, że
spóźniliśmy się na lekcje łucznictwa.
-Pewnie masz
racje…-Uznałem to za najlepsze wyjście. I tak miałem już z nią na pieńku, a
gdyby wiedziała, że słyszałem wszystko… Powiedzmy, że nie byłoby to coś co
chciałbym przeżyć…
****
****
-Percy! –Nie wiedziałem jakim cudem Annabeth dotarła na
arenę przede mną, ale była taka sama jak
przed tygodniem. Podbiegła do mnie i pocałowała, rzucając mi się w ramiona.
-Zrobiłaś to…-Nie sądziłem, że kiedykolwiek znów to zrobi.
Tak jak w tedy po bitwie, lub w wulkanie, gdy myślała, że już nie wrócę…
-Dziwisz się, glonomużdżku?
-Jesteś podejrzanie szczęśliwa…knujesz coś?
-Dlaczego uważasz…?-Odsunęła się ode mnie i przygryzła
wargę. –Nie mogę, być szczęśliwa, od tak?
-Możesz, tylko ja mówię, że…
-Daruj sobie, proszę…
-Cześć wszystkim…-Rozmowy natychmiast ucichły. Uwaga
wszystkich obozowiczów, nagle skupiła się jednym punkcie, a stał tam Nathan. W
pierwszej chwili nie poznałem go. Miał na sobie całkiem nowe ubranie i
czapkę(tak, miał czapkę, nie hełm), a jego oczy znów płonęły jasnym światłem.-Mogę
się dołączyć?
-Oczywiście! –Oznajmił Chejron, podając mu łuk i strzały. –Pokaż
co potrafisz, młody bohaterze…
Chłopak stanął na początku areny, przed pierwszą tarczą. Nie
czekał długo, nie mierzył i tak dalej, lecz na start ustrzelił sam środek. To
samo zrobił przy pozostałych, za każdym razem jego strzał był perfekcyjny.
-Gdzie on się tego nauczył?! –Zanim się zorientowałem krzyk
wydobył się ze mnie.
-Wyjątkowo się z tobą zgadzam Jackson…-Tak, to dziwne
uczucie, bo zgodziła się ze mną sama Clarisse.-Czegoś takiego nie pokazują w
szkole dla śmiertelników! Dzieciak jest podejrzany…
-Ja uważam, że Sykes ma po prostu wrodzony talent! Wielu z
was, potrafi przecież strzelać, więc no… Po co od razu robić jakąś wielką
aferę… Chejronie, chciałbym zamienić z tobą słówko. –Skinął głową i poszedł za
Dionizosem. Annabeth podeszła do Nathana. Odruchowo poszedłem za nią, żeby
no…pilnować jej.
-Nathan! Zastanawiam się… Zechciałbyś być w naszej drużynie
podczas bitwy o sztandar?-Coś mnie uderzyło. Mnie poprosiła dokładnie o to
samo, gdy odkryłem swoje genialne moce.
-Ja? Pewnie! Tylko…Co to bitwa o sztandar?
-Percy ci wytłumaczy, pokaże zasady, oraz
miejsce…-Przerwała, gdyż najwyraźniej zrozumiała, że ja i on w pewnym sensie
się nie znamy.
-Percy Jackson! Słyszałem o tobie…-Mrugnął do Annabeth.
–Nathan…Nathan Sykes…-Podał mi rękę, lecz ja nie miałem najmniejszego zamiaru
odwzajemnić gestu. Pierwszy raz
spotkałem się z czymś takim, ale gdy on cofnął swoją dłoń, poczułem ukłucie w
sercu.-Rozumiem…-Wywrócił oczami i zwrócił się do niej:-Może ty pokażesz mi
wszystko…?
-Ja? –Wydała zaskoczoną, choć błysk w jej oczach, mówił co
innego.-Znaczy…Emm…Percy?-Spojrzała na mnie błagalnym wzrokiem. Ona,
potrzebowała mojej opinii?! Niby dlaczego? Jest dorosła, może sama podejmować
decyzje… Jednak przez te parę lat nauczyłem się, że prawie nikomu nie można
ufać. Nathan wydawał się być…no jak dla mnie nie był kimś komu powinienem ufać.
-Nie miałaś, czasem pomagać reszcie swojego rodzeństwa w
opracowywaniu strategii?
-Myślę, że poradzą
sobie sami…
-A ja i tak uważam, że przyda im się twoja mądra głowa
Annabeth… Thalia, chętnie pokaże Nathanowi zasady.
****
Pod wieczór wszyscy obozowicze zebrali się przy granicy
lasu. Muszę przyznać, że ta gra była dla mnie przyjemnością, ale tym razem nie
miałem na to zbytniej ochoty. Mieliśmy podzielić się po połowie zawodników.
Annabeth wydawała się być dumna z tego, że zwinęła Nathana innym z przed nosa.
W sumie pomijając fakt, że nie darzę go zbytnia sympatią, to ma takiego cela,
że nawet mnie byłoby szkoda nie poprosić go o małą ‘współpracę’. Układało się
całkiem dobrze, do czasu gdy okazało się, że o mnie zapomnieli. Utknąłem w tej
nieco gorszej drużynie. Jak ona mogła o mnie zapomnieć?! Pomyślałem jednak, że
jak dobrze się postaram udowodnię swoją wyższość nad Nathanem. Czy do końca
chodziło tylko o pokazanie mojej odwagi i sprytu, czy bardziej o wytknięcie
Annabeth tego, że wolała mieć w teamie jego, Clarisse, Thalie i praktycznie
wszystkich najlepszych wojowników i strategów, zamiast swojego kochanego Percy’ego,
który już nie raz ratował ją z opresji…ja sam już nie wiem, lecz byłem
najnormalniej wściekły!
Dostało mi się być wodzem drużyny. Ustawiłem cześć herosów
jako obronę sztandaru(który zwyczajowo umieściliśmy na szczycie Pięści Zeusa), pozostałych
podzieliłem na pół i wysłałem na prawo i lewo, podczas gdy ja miałem iść prosto
i zdobyć flagę drużyny przeciwnej. Już miałem minąć strumyk gdy:
-Stój i powoli się odwróć! –Zrobiłem co kazał, jednocześnie
zaciskając dłoń na moim mieczu. Za mną stał Nathan z napiętym łukiem i w pełnej
zbroi. –Jeśli przekroczysz granicę, będę musiał cię zabić. –Celował w moje
serce. Zauważyłem jednak, że nie ma przy sobie innej broni…gdyby udało mi się
jakoś pozbyć…
-Chyba śnisz! –Wykonałem ruch, lecz on uniknął mojego ciosu.
Coś to jednak dało, bo trafiłem jego łuk, który pod siłą uderzenia znalazł się
parę dobrych metrów od nas. Nie byłem w stanie określić, dlaczego nie rozpadł
się i tak dalej, ale liczyło się to, że mój przeciwnik został bez broni. Nie
ukrywam, ze byłem z siebie dumny do momentu, gdy Clarisse śmignęła między nami
ze sztandarem mojej drużyny. Zakląłem po cichu, a że stałem po kostki w wodzie,
rozpierała mnie energia. Nie obchodziło mnie to, ze już koniec gry. Wygrałbym,
gdyby nie on! Emocje wzięły górę i zaatakowałem go.
-PERCY! –Krzyczała Annabeth, lecz ktoś złapał ją zanim
zdążyła znaleźć się przy mnie. Chłopak nie miał broni, co dało mi ogromną
przewagę. Pchnąłem go do tyłu tak, że z
pluskiem wylądował w wodzie. W jego dużych oczach widziałem strach. Skupiłem
całą swoją moc i uderzyłem w niego falą. Zamknął oczy i wyciągnął ręce przed
siebie. Nie mam pojęcia jak to zrobił, ale strumień odbił się i uderzył(z
mniejszą siłą) we mnie. Zakrztusiłem się
wodą…JA! Syn Posejdona! W mojej głowie było jedno pytanie ‘JAK ON TO…?!’
-Okej…Wygrałeś! –Rzuciłem miecz. Nathan wstał, nie był
mokry. Podniósł moją broń i podał mi ją.
-Ty…Upuściłeś miecz.
-Wygrałeś! Dlaczego mi to oddajesz?
-Nie wygrałem…Broniłem się. Weź to i po prostu daj spokój…Ja
nie…Ja nie mam ci tego za złe…-Znów poczułem ukłucie w sercu i mimowolnie
wyciągnąłem rękę po miecz. Gdy dotknąłem jego rękojeści, poczułem przepływ energii
i kopnięcie prądu. I ja i Nathan odskoczyliśmy w tym samym momencie upuszczając
go.
-Poczułeś..? –Zapytałem niepewnie.
-Tak…-Przytaknął.
-Wszystko z tobą w porządku? –Annabeth podbiegła do nas. Jego
oddech był płytki i ciężki.
-Tak, ja tylko…-Potrząsnął głową jakby próbował pozbyć się
czegoś co właśnie miał przed oczami.
-Nie odzyskałeś pełnej siły Nath…-Podtrzymała go, gdy osunął
się na ziemię, po czym zwróciła się do mnie:-Percy! Co ci odbiło?! –Nie odpowiedziałem.
Po chwili zjawił się Chejron, który wziął Nathana na swój grzbiet.
-Annabeth, możemy porozmawiać?
-Tak, muszę tylko uzgodnić coś z Percy’m…
-A więc za 15 minut w Wielkim Domu. –Odgalopował w stronę
serca obozu.
-Odpowiesz mi na moje pytanie?!
-Annabeth! Ty coś wiesz…I nie mówisz mi całej prawdy. Wiesz
kim on jest, wiesz jak sprawił, że mój własny atak zwrócił się przeciw mnie!
Powiesz mi o co w tym chodzi?!
-Nie!
-Okej, więc możesz zacząć od… zaraz… nie?!
-Percy, nie mogę… przysięgałam, że nikt się nie dowie…Nie
ode mnie. Przepraszam…-Pocałowała mnie w policzek i szybkim krokiem odeszła.
Zostałem więc sam. Nie wiem czemu, ale wyjąłem z kieszeni monetę.
-Chciałbym…chciałbym wiedzieć, kim jest Nathan…-Zamknąłem oczy i wrzuciłem ją w wody strumyka. Nic się nie działo, więc usiadłem na trawie i zacząłem wrzucać kamyczki.
-Chciałbym…chciałbym wiedzieć, kim jest Nathan…-Zamknąłem oczy i wrzuciłem ją w wody strumyka. Nic się nie działo, więc usiadłem na trawie i zacząłem wrzucać kamyczki.
-Ał! –Usłyszałem dziewczęcy głos, co było tym dziwniejsze,
że byłem sam. –Jak ty byś się czuł gdyby ktoś obrzucił cię kamieniami bez
najmniejszego powodu?! –Jeden z moich kamieni odbił się od tafli wody i
skierował się w moją stronę.
-Kim jesteś?! –Podniosłem miecz z ziemi.
-Jestem tu, bo wypowiedziałeś życzenie! –Z wody wynurzyła
się dziewczyna.-Ale…Nie zamierzam ci pomagać, jeśli będziesz tym we mnie
celować! –Schowałem miecz. Wodna postać złożyła ręce i rozbłysła jasnym
światłem.
-Bóg przez matkę swoją kochany,
Przez Boga bogów wyklęty i niechciany,
Dar nieśmiertelny mu odebrany,
By mógł bezpiecznie obozu przekroczyć bramy…-Rozpłynęła się.
-Zaraz! Co to znaczy?!
-Znaczy to tyle, że jeszcze nie czas… Kiedyś ci to wszystko
wyjaśnię… Tylko jeszcze nie teraz…-Jej delikatne palce przesunęły po moim
policzku. Jestem Wiktoria… Duch rzek i jezior...
---------------
No, to po pierwszym rozdziale... Czekam na opinie ^ ^
4 komentarze=następny rozdział. Chociaż nie wiem kiedy napisze, muszę nadrobić moje pozostałe blogi;3
Zapowiada się ciekawie ;3
OdpowiedzUsuńCZekam na nn ;)
Zapraszam również do mnie :)
http://loseyourselfinyourpassion.blogspot.com/2013/08/rozdzia-5.html
Mrau... Wiktoria :3 Jak ja nienawidzę Ann za to że tak manipuluje Persiakiem i że taka chamska jest. Potrafisz manipulować uczuciami <3
OdpowiedzUsuń